Z Mieszkańcami i dla Mieszkańców

Winieta 1

Kiedy wszyscy odjechali, on został

Autor: Andrzej Hinz
Gdy firma zamknęła teren, ochrona zniknęła, a zima przyszła na dobre, ona została sama. Czarna suczka pilnująca pustej posesji nie miała już „swojego miejsca” w żadnym grafiku. Miała za to człowieka, który nie odwrócił wzroku i wziął odpowiedzialność, choć nikt go do tego nie zobowiązał.
zdjęcie przedstawia psa w zamkniętym wybiegu z metalową siatką. Pies stoi na śniegu, a w tle znajduje się drewniana buda. Cały wybieg jest pokryty śniegiem, a siatka jest w pierwszym planie zdjęcia, co daje wrażenie, że zdjęcie zostało zrobione z zewnątrz wybiegu.

W sobotę, 10 stycznia, patrol strażników z Referatu Ekologicznego otrzymał zgłoszenie o opuszczonym psie przebywającym na terenie nieczynnej posesji w dzielnicy Rudniki. Na miejscu funkcjonariusze nie zastali jednak wychudzonego zwierzęcia w złych warunkach, ale zadbaną, spokojną suczkę. I historię, która została z nimi na dłużej...

Na zamkniętym terenie przy ulicy Tarcice przez lata toczyło się zwyczajne, robocze życie. Była firma, byli ludzie, była ochrona. Był też pies. Duża czarna suczka o imieniu Szekla, przyzwyczajona do przestrzeni, ruchu i codziennej obecności człowieka. Kiedy działalność ustała, wszystko się zmieniło. Firma wyprowadziła się, umowa ochrony wygasła, teren opustoszał. Przyszła zima, śnieg i niska temperatura. Został pies, który formalnie przestał być „czyjś”.

Na pierwszym zdjęciu widać dużego czarnego psa stojącego na śniegu obok drewnianej budy. Pies pochyla głowę nad metalową miską, w której znajduje się jedzenie. Na psie widać śnieg, co sugeruje, że jest zimno i padał śnieg. W tle widoczna jest drewniana ściana budy.

Właśnie wtedy pojawił się cichy bohater tej historii. Nie właściciel, nie pracodawca, nie opiekun z umowy. Po prostu jeden z pracowników, który uznał, że nie może zostawić zwierzęcia samego w takim miejscu. Z własnej inicjatywy zaczął doglądać Szekli. Codziennie przyjeżdża, karmi ją, wymienia wodę na ciepłą i sprząta kojec. Dba o to, by miała dostęp do dużej, ogrodzonej przestrzeni, bo wie, że to pies, który nie odnajdzie się w ciasnym mieszkaniu.

W rozmowie z funkcjonariuszami tymczasowy opiekun nie ukrywał, że sytuacja nie jest łatwa. Nie może zabrać Szekli do siebie, bo mieszka w bloku, a ona całe życie spędziła na zewnątrz, na dużym terenie. Jednocześnie jasno zadeklarował, że będzie dla niej szukał nowego domu. Jeśli to się nie uda, zabierze ją ze sobą do nowej lokalizacji zakładu pracy, zapewniając jej takie same warunki jak dotąd oraz opiekę weterynaryjną. Póki co umowa dzierżawy terenu nadal obowiązuje, a Szekla pozostaje w miejscu, które zna.

Na trzecim zdjęciu widać osobę w zimowym ubraniu pochyloną nad drewnianą budą, jakby coś naprawiała lub poprawiała. Obok osoby stoi czarny pies. Cała scena znajduje się w ogrodzonym wybiegu, na ziemi leży śnieg, a na budzie widać ślady odłupanej farby i trochę śniegu na dachu.

To nie jest historia o bohaterstwie z pierwszych stron gazet. To opowieść o odpowiedzialności, która rodzi się po cichu. O empatii, która nie potrzebuje umów ani obowiązków. O decyzji, żeby zostać, gdy inni już dawno pojechali dalej. Szekla nadal czeka. Na dom, na stałość, na kogoś, kto powie: „zostajesz już na zawsze”. Ale póki co nie jest sama. I to w tej historii jest najważniejsze.